O 23. Wiośnie Filmów

Zakończyła się 23. edycja Wiosny Filmów, festiwalu prezentującego zarówno niecierpliwie wyczekiwane premiery, jak i głośne tytuły, które zdążyły już zejść afisza. W tym roku program był szczególnie atrakcyjny, znalazły się w nim nowe produkcje uznanych twórców: „Klient” Farhadiego, „W sieci” Kim Ki-duka czy „Ana, mon amour” Netzera. Pokazano także – po raz pierwszy w Polsce – laureata Złotego Niedźwiedzia, czyli „Duszę i ciało” węgierskiej reżyserki Ildikó Enyedi. Bilety na wszystkie te rarytasy tradycyjnie oferowano w bardzo przystępnej cenie, tym razem 10 zł. Niby w poprzednich latach wejściówki kosztowały tylko 7 zł, ale nawet ta dyszka to w porównaniu z innymi festiwalami – czy nawet zwykłymi przeglądami – niebywale atrakcyjna oferta. Trudno się zatem dziwić, że Kino Praha ponownie wypełniło się widzami spragnionymi wiosenno-filmowych wrażeń. Byłem tam i ja, niestety inne zajęcia nie pozwoliły mi zobaczyć tyle filmów, ile bym chciał (bo i w sumie ile by nie było, to i tak jest za mało). Jakimś cudem jednak udało mi się wyrwać na parę seansów. Oto porcja wrażeń z trzech bardzo dobrych filmów.

„Ana, mon amour”, reż. Calin Peter Netzer
(8/10)

Za każdym razem kiedy oglądam nowe kino rumuńskie, zadaję sobie pytanie, dlaczego takie filmy nie powstają w Polsce. Jeżeli chodzi o ostatnie dekady, mamy przecież dość podobną historię – szczególnie jeśli chodzi o transformację ustrojową i związane z nią przemiany obyczajowe, mentalne czy społeczno-polityczne. Jednak to Rumuni stworzyli adekwatny język opisu współczesności i opowiadają o niej w przekonujący sposób. Taki też jest nowy film Netzera, laureata Złotego Niedźwiedzia za świetną „Pozycję dziecka” (którą swoją drogą po raz pierwszy widziałem też na Wiośnie Filmów).

Jak pisałem w ostatnim poście, oglądając w zeszłym roku „Egzamin” Mungiu, miałem wrażenie, że nad Morzem Czarnym doszli jednak do pewnej krawędzi, że ów znakomity język już się wyczerpał, stracił moc przekonywania. Bo i w sumie ileż można go eksploatować? Od Złotej Palmy dla „4 miesięcy…” minęła dedkada, w tym czasie powstało sporo filmów w tej poetyce, wiele z nich zresztą również zostało nagrodzonych na największych festiwalach. Netzer, jakby świadom potrzeby odświeżenia nieco zgranej formuły, zaproponował pewien trick narracyjny. Otóż przez większość filmu nie oglądamy rzeczywistej akcji, a zapis wspomnień i snów głównego bohatera, który, leżąc na kozetce, opowiada psychoanalitykowi to i owo o swojej relacji z tytułową Aną. Nie jest to może szczególnie oryginalny pomysł, ale w tym przypadku – działa. Dynamiczny montaż (nagrodzony w Cannes) łączy epizody przywoływane przez bohatera z mroków pamięci, tworząc nielinową, chaotyczną (nie)strukturę. Poruszamy się tu po różnych płaszczyznach czasowych: a to młodziutki bohater czaruje bujną i gęstą czupryną, a to powolutku już łysieje, a to po czasach świetności właściwie nie ma już śladu. Obraz pracy pamięci przedstawiony w „Ana, mon amour” jest tym bardziej przekonujący, że twórcy zastosowali charakterystyczną dla nowego kina rumuńskiego kamerę „z ręki”. Jej niepewność i chybotliwość doskonale oddają naturę świata wspomnień, w którym przecież mało co jest stałe i pewne.

Ana mon amour (1)

W „Ana, mon amour” uwagę zwraca – jakżeby inaczej – drobiazgowość, z jaką reżyser buduje świat przedstawiony. Bohaterowie reprezentujący nową klasę średnią ubiorą się „na galowo”, wybierając się do opery – tyle że relacjonowanej na ekranie kina. W czasie rodzinnej kłótni, jakby ot tak, przypadkiem ktoś komuś wypomni jego pozycję przed 89 rokiem. Ktoś zachwyci się laicką Skandynawią, ktoś inny będzie stał w kolejce do całowania relikwii. Mało kto natomiast zdradzi jakąkolwiek dojrzałość. To wszystko, cały ten świat skonstruowany przez Netzera wygląda znajomo. Szkoda że nie ma takiego kina w Polsce, dobrze, że jest w Rumunii.

„Frantz”, reż. François Ozon
(7/10)

Korzystnie wypadł również „Frantz”, nowy film François Ozona. Rzecz rozgrywa się w niemieckim miasteczku, tuż po I wojnie światowej. Mimo że pożoga ledwie co dogasła, to zza dymu już wyłania się żądza odwetu. Z kręgu miejscowych spiskowców wyłamuje się jednak doktor Hoffmeister, stateczny lekarz. Tłumaczy, że kocha Niemcy, ale jeszcze bardziej kocha swojego syna – którego sam w militarystycznej gorączce posłał na wojnę, na niemal pewną śmierć. W mikrohistorii tytułowego Frantza przegląda się doświadczenie całego pokolenia – ojczyzny po obu stronach Renu zgotowały synczyźnom ten los. A co najgorsze, gdy gęstnieje atmosfera rewanżu, postawa lekarza jest niemal całkowicie odosobniona. Jaki był finał tej zbiorowej paranoi, doskonale wiemy.

Doktor Hoffmeister pielęgnuje żałobę wspólnie z żoną oraz Anną, niedoszłą synową. Pewnego dnia dziewczyna spotyka na cmentarzu tajemniczego mężczyznę. Okazuje się, że to młody Francuz, Adrien, który w czasie wojny poznał, czy może raczej „poznał”, Frantza. Między czwórką bohaterów rodzi się dynamiczna relacja. Początkowo film przybiera ton pacyfistycznego traktatu, zresztą bardzo udanego, chciałoby się nawet postawić go obok dzieła Remarque’a. Innym ważnym kontekstem są realia Weimaru, kiełkującego nazizmu, ksenofobii, podsycanej pojawieniem się Obcego-Francuza w homogenicznej, wrogo usposobionej społeczności. Reżyser sprawnie rozbudowuje oba wątki i mimo że dobrze znamy je skądinąd, to jego film ogląda się z zaciekawieniem. Bolesne i żywe wspomnienie wielkiej wojny, które ustępuje na nowo rodzącemu się złu, to jednak zaledwie preludium do trzeciego, chyba najważniejszego elementu tej historii. Oczywiście melodramatu.

Frantz (1)

Czy „Frantz” to zatem rzecz o niemożliwej miłości w czasach zarazy? W dużym stopniu tak. Symboliczne ciało Frantza tyleż przyciąga do siebie Adriena i Annę, co stanowi między nimi granicę. Być może potrafiliby ją przekroczyć, ostatnia przeszkoda jest w gruncie rzeczy dość prozaiczna, bynajmniej nie jest nią historia przez wielkie „H”. Tyle że Adrien i Anna są wyjątkowymi ludźmi, właściwie mogliby wystąpić w „Hiroszimie, mojej miłości”. Rodzina Frantza natomiast, mimo że to jego ojciec – i miliony mu podobnych – sam posłał swoje dziecko do okopów, już raczej nie. O ksenofobach i nacjonalistach po obu stronach Alzacji i Lotaryngii nie ma nawet co wspominać. Nadchodzi czas Hitlera, brutalna brunatność. Na Adenauera i Schumana ciągle jeszcze trzeba poczekać.

Film trafi do dystrybucji 28 lipca.

„Aquarius”, reż. Kleber Mendonça Filho
(9/10)

I „Ana, mon amour”, i „Frantz” to bardzo dobre filmy, oba oparte na pomysłowym i biegłym operowaniu formą i gatunkiem. Mi jednak najbardziej podobała się rzecz pod tym względem raczej konserwatywna, czyli brazylijski „Aquarius”. Nowy tytuł w dorobku Klebera Mendonçy Filho, twórcy cenionych „Sąsiedzkich dźwięków”, jest zupełnie pozbawiony szaleństw narracyjnych i estetycznych (no, może poza krótką sceną snu), a mimo to nie pozwala widzowi nawet na chwilę znużenia. Niespełna dwie i pół godziny seansu mijają zupełnie niepostrzeżenie.

„Aquarius” opiera się na figurze głównej bohaterki, siedemdziesięcioletniej Clary. Jest ona tak fascynująca, że trudno się zdecydować, czy zacząć od opisania tego, jak została pomyślana przez reżysera (i zarazem scenarzystę), czy może jednak od tego, jak wykreowała ją Sonia Braga. Niech będzie po bożemu, od Ewy. No więc Clara mimo swojego wieku, jak to mówią, cieszy się życiem. Mieszka nad Atlantykiem, przy samej plaży, z której uroków skwapliwie korzysta. Jej wygodny apartament w stylowym budynku, tytułowym Aquariusie, wypełniają książki i płyty winylowe, ale przede wszystkim liczni goście – rodzina, przyjaciele, znajomi. Nie stroni od imprez, a satysfakcjonujący seks bynajmniej nie stał się pieśnią przeszłości – i wcale nie przeszkadza jej w tym zabieg mastektomii, który przeszła trzydzieści lat wcześniej. Jeżeli ktoś chciałby skojarzyć Clarę z Jepem Gambardellą, niemal jej równolatkiem, ma do tego pełne prawo; to jest ta sama skala. Bohaterka z łatwością burzy więc stereotyp starszej kobiety, ciągle dość nieudolnie rozmontowywany (?) w europejskim, podobno lewicującym kinie. Jest kobietą charyzmatyczną, elokwentną, niebywale bystrą. Wielka w tym zasługa wspomnianej Soni Bragi. Gdy jej Clara uśmiecha się, śmieje się świat; gdy traci panowanie nad sobą – z wrażenia można wręcz podskoczyć w fotelu. Aha! Co rusz ktoś mówi jej, że jest piękna. Doprawdy, zdarza się to tak często, że trąci pewną rytualną protekcjonalnością, którą zresztą bohaterka dobrze wyczuwa. Toteż ja już poprzestanę tylko na tej społecznej obserwacji.

Aquarius (1)

Pewnego dnia do drzwi Clary pukają dwaj mężczyźni, deweloperzy. Składają jej propozycję, że tak powiem, nie do odrzucenia: chcą kupić mieszkanie, do którego bohaterka jest mocno przywiązana. Trudno się dziwić, wychowała w nim dzieci, przeżyła mnóstwo wspaniałych chwil, zżyła się z falującym za oknem oceanem. Tak więc Clara odmawia stanowczo, a szemranych biznesmenów, którzy z jej Aquariusa chcieli początkowo zrobić, za przeproszeniem, Atlantic Residence Plaza (później obliczyli sobie, że „Nowy Aquarius” to korzystniejszy wariant), nawet nie wpuszcza za próg. Nie wszyscy byli jednak tak nieugięci. Właściwie nikt nie był – Clara została ostatnią lokatorką Aquariusa. Pachnie gentryfikacją? Jak najbardziej, a i skojarzenia z czyścicielami kamienic też okażą się jak najbardziej na miejscu. Wątki ekonomiczne i społeczno-polityczne są zresztą wyraźnie zaznaczone w filmie Cahlo. Jego Brazylia to kraj kastowy, funkcjonujący w oparciu o nepotyzm i sieć znajomości. Poza klasą średnią, do której należy Clara, i biznesowo-polityczną wierchuszką jest też oczywiście klasa niższa. Gdy przychodzi co do czego, okazuje się, że jej przedstawiciele są wyjęci spod obowiązującego prawa – przecież z lewiatanem kłopot ma nawet dość zamożna, pewna siebie i otoczona wpływowymi przyjaciółmi Clara. Jak się okaże, kłopot ów jest co najmniej poważny.

Wydaje mi się jednak, że cała ta intryga, choć fabularnie atrakcyjna, nie jest w „Aquariusie” najważniejsza; że stanowi zaledwie pretekst do opowiedzenia o czymś innym – albo raczej o kimś. O starszej charyzmatycznej kobiecie, jaką – o dziwo i niestety – ciągle ciężko znaleźć w kinie. Dlaczego więc tytuł brzmi „Aquarius”, a nie „Clara”? Wbrew pozorom jest w tym głęboki sens, ale o tym chyba najlepiej przekonać się samemu.

Film trafi do dystrybucji 30 czerwca.

Bartosz Marzec

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s