O 17. Nowych Horyzontach

Nowe Horyzonty 2017: obejrzałem 41 filmów, w tym bardzo dużo dobrych, kilka świetnych, a zupełnie słabych – naprawdę mało. Tu jedno zastrzeżenie co do metody komponowania mojego programu: unikałem filmów, o których było wiadomo, że trafią do dystrybucji. Nie widziałem więc nowych rzeczy Mundruczó, Zwiagincewa, Hanekego, Östlunda i Kaurismäkiego. Wyjątek zrobiłem dla Dumonta, którego twórczość darzę szczególnym zainteresowaniem (oraz zwykłą sympatią).

Jakkolwiek, nowy film Francuza, Jeannette. Dzieciństwo Joanny d’Arc, niestety rozczarowuje. Reżyser jak zwykle kieruje oko kamery na flandryjski krajobraz, tym razem przeważnie skąpany w słońcu (choć bywa też, że za horyzontem gromadzą się czarne chmury). Pejzaż stanowi tło rozważań nad dorastaniem i motywacjami Joanny d’Arc. Korzystnie wypada swoista filozofia religii, szczególnie motyw sprzęgnięcia męczeństwa i świętości z narcyzmem (który zresztą pojawiał się już wcześniej w kinie Dumonta). Nie sprawdza się natomiast konwencja musicalu, a właściwie: „musicalu”, bo i tańca tu jak na lekarstwo, a za niemal całą scenografię służy krajobraz. Jest co prawda trochę zbawiennego humoru, slapsticku i absurdu, ale zdecydowanie mniej niż w Małym Quinquin czy Martwych wodach.

Nie samym Dumontem wszakże człowiek żył przez te festiwalowe dni. Moje ostatnie Nowe Horyzonty to przede wszystkim reżyserska-operatorska retrospektywa Freda Kelemena, zdecydowanie najciekawsze wydarzenie tegorocznej edycji festiwalu, oraz kino Azji Południowo-Wschodniej. W pierwszej dziesiątce moich ulubionych filmów z 17. NH umieściłem aż trzy filmy Kelemena i cztery azjatyckie (również – aż). A oto ów top:

10. Wittgenstein (1993) reż. Derek Jarman

Wyważone połączenie klasycznej formy i odważnych rozwiązań. Z jednej strony: stonowane aktorstwo i takiż montaż, z drugiej natomiast – kampowe kolory oraz zredukowana do minimum scenografia, przybliżająca Wittgensteina do przedstawienia teatralnego. Trzeba też zwrócić uwagę na zakończenie filmu. Zawarta w nim myśl mogłaby zabrzmieć banalnie, nawet jak jakiś coelhizm, ale dzięki delikatności Jarmana wypada, co tu dużo mówić, wzruszająco. Jaka to myśl? O tym najlepiej przekonać się samemu (z tego, co pamiętam, puentuje ona też Logikomiks, graficzną biografię Bertranda Russella).

Wittgenstein (1)
Wittgenstein 

9. Kolejny rok (2016) reż. Shengze Zhu

Reżyserka w dwunastu statycznych ujęciach przedstawia rok z życia trzypokoleniowej rodziny (trzynaste, ostatnie ujęcie odnosi się do tytułowego kolejnego roku). Bohaterowie filmu, wewnętrzni migranci, portretowani są podczas posiłków, kiedy prowadzą – na pozór – zwyczajne, codzienne rozmowy. Na pozór, ponieważ można z nich wyczytać wiele ciekawych diagnoz na temat skomplikowanej sytuacji społeczno-ekonomicznej Państwa Środka. Mikrohistoria rodziny staje się tym samym pars pro toto azjatyckiego giganta.

8. Asura: Miasto szaleństwa (2016) reż. Kim Sung-su

Trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty, trup ściele się gęsto, a krew bryzga na lewo i prawo. Wcale nie kpię, naprawdę doskonale się bawiłem – tym bardziej, że Asura to nie tylko brawurowa akcja, ale i, jak to się mówi, coś więcej. Otóż gangami są tu z jednej strony zwolennicy burmistrza, z drugiej – współpracujący z opozycją prokuratorzy. Ot moralne piekło, po którym błądzi główny bohater, zmagający się z własnymi demonami cyniczny gliniarz, postać wielce ambiwalentna. Tak jest, jeśli dodać do tego wszystkiego ponury klimat miasta, to otrzymamy koreańską mieszankę filmu gangsterskiego i kina noir.

Asura
Asura: Miasto szaleństwa

7. Kobieta, która odeszła (2016) reż. Lav Diaz

W przywołanym wyżej Wittgensteinie tytułowy bohater stwierdza, że wszystko, co ważne, jest u świętego Mateusza, Dostojewskiego i Tołstoja. Tropy te są zauważalne w nowym filmie Lava Diaza; łączą się ze sobą, tworząc bardzo gorzką, ale koniec końców pozostawiającą nadzieję, humanistyczną opowieść. Filipiński reżyser tym razem nie przeprowadza operacji na możliwościach percepcyjnych widza, Kobieta to klasyczna narracja (choć oczywiście trwa te swoje niespełna cztery godziny), ale pozostawia pole dla satysfakcjonujących refleksji i niebanalnych interpretacji.

6. Kalyi – czas mroku (1993) reż. Fred Kelemen

Debiut reżyserski Freda Kelemena, połączenie poetyki postapokalipsy z tradycją ekspresjonizmu. Film-wiersz, pozbawiony klasycznej struktury, ale wystarczająco komunikatywny, żeby widz mógł czerpać przyjemność z (re)konstrukcji przedstawionej w nim historii – historii miłości w czasach zarazy.

5. Mięso (2016) reż. Julia Ducournau

Film, który chyba najbardziej podzielił moich znajomych. Ja zdecydowanie, zamaszystym ruchem ręki zapisuję się do stronnictwa pro-Mięso. Czarny humor, kanibalistyczna groteska i klimat transgresji zostają tu wpisane w kontekst rytuału – zjawiska fali wobec studentek i studentów pierwszego roku weterynarii (tak, to ważny szczegół). Jednym z elementów tzw. otrzęsin jest zmuszanie pierwszaków do zjedzenia surowej wątroby królika – co jest szczególnie trudne dla Justine, wegetarianki, głównej bohaterki filmu. Wybór, przed którym staje dziewczyna, należy do bardzo trudnych: odmowa wiąże się ze śmiercią społeczną, zgoda – ze złamaniem swoich zasad etycznych. W każdym razie: nie należy namawiać wegetarian na jedzenie mięsa, ani tym bardziej komentować diety bezmięsnej w idiotyczny sposób. Bo można skończyć na czyimś talerzu.

Mięso (1)
Mięso

4. Nieobecni (2014) reż. Nicolás Pereda

Niby krótki jak na snuja, trwa tylko 80 minut, a jednak snuj. Ma wszystkie zalety slow cinema, a przy tym unika zagrożeń związanych ze stosowaniem tej poetyki. Pereda opowiada o czasie, przestrzeni i, rzecz jasna, o unurzanym w chronotopie człowieku. Nieobecni skłaniają do zadania antropologicznych pytań o codzienność: dlaczego rutynowe praktyki wydają się w gruncie rzeczy dziwne i dlaczego trzeba mieć tyle odwagi, żeby śladem głównego bohatera żyć w absolutnej ciszy – jednym z najbardziej niesamowitych fenomenów, jakie zna świat.

3. Cichy sen (2016) reż. Lu Zhang

Uff! Tu można było chwilkę odetchnąć. Bohaterami tej doskonałej komedii są Ye-ri, młoda dziewczyna prowadząca skromny bar, i jej trzej absztyfikanci, jeden mniej udany od drugiego, drugi od trzeciego, trzeci od pierwszego… W zasadzie mogliby konkurować w zawodach na najmniej atrakcyjną partię. Z całym zaangażowaniem starają się jednak o zainteresowanie Ye-ri. Codziennie przychodzą razem do jej baru, niezgrabnie udają zainteresowanie a to literaturą, a to kinem (szczerze mówiąc, aż sam się zastanowiłem, czy przypadkiem nie interesuję się filmem w związku z jakąś Ye-ri…). Ciepła komedia ze wspaniałymi nutami absurdu to przy tym tylko jedna z warstw Cichego snu. Pod szerokim uśmiechem kryje się bowiem nie dająca się zwalczyć melancholia, nurtuje też fakt, że bohaterowie noszą imiona aktorów, a subtelne wątki oniryczne przybliżają całość do tytułowego cichego snu.

Cichy sen (3).jpg
Cichy sen

2. Upadek (2005) reż. Fred Kelemen

Ciemność, wiatr. Nizina Węgierska. Béla Tarr spotyka Sofoklesa. Idą do baru. Zamawiają wódkę. Przy stoliku obok siedzi Szekspir, przy barze stoi Stanisław Staszewski. Wszyscy piją aż umrą. Umierają. Kurtyna.

No dobra, trochę śmichy-chichy, ale trochę – nie. Z jednej bowiem strony ponury nastrój podkręcony jest tu, jak zwykle zresztą u Kelemena (i Tarra), do ekstremum, a to wyzwala w widzu reakcję obronną, np. w postaci śmiechu. Z drugiej jednak strony – jest to kino tak doskonałe pod względem formy, że nie da się go po prostu zlekceważyć, zamknąć przed nim w skorupie. To skąd w takim razie te wymienione wyżej szacowne postaci? Ano Sofokles i Szekspir z powodu fatum, które krąży nad bohaterami Upadku, nad przeklętą Niziną Węgierską; Stanisław Staszewski natomiast dlatego, że przedstawiona w filmie historia przywołuje na myśl jego niepowtarzalne ballady. Wielkie kino.

1. Koń turyński (2011) reż. Béla Tarr

Komentarz na temat tego filmu w zasadzie powinien skończyć się w tym miejscu. No dobra, niech będzie, ale bardzo krótko.

Otóż – otchłań wpatruje się w widza. Pewnego dnia przemęczony koń odmawia pracy, a studnia wysycha. I tak oto kończy się żałosna ludzkość – bynajmniej nie świat.

 

Koń turyński (1)
Koń turyński

Tekst ukazał się na stronie 5kilokultury.pl.

Bartosz Marzec

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s