O „Jeziorze Bodeńskim” (1985)

A więc o „Jeziorze Bodeńskim” (1985) Janusza Zaorskiego.

Nerwowy, jakby rwany montaż, nietypowe kąty i ustawienia kamery oraz poszatkowana narracja przypominają o wcześniejszym o cztery lata „Opętaniu” Andrzeja Żuławskiego oraz innych dokonaniach tego reżysera, którego kino, jak pewnie już się zorientowaliście, bardzo lubię. Podobne odczucia mam co do „Jezioro Bodeńskiego”, chociaż, no właśnie, w czasie seansu odniosłem wrażenie, że już wcześniej to widziałem. Tylko że bardziej, mocniej, więcej – i lepiej.

Sam temat filmu Zaorskiego to kulturowa waga ultraciężka: przekleństwa polskiego romantyzmu x niezatrzymywalny chocholi taniec. Jest więc tu i mickiewiczowska egzaltacja #Do_Matki_Polki, i widmo Winkelrieda krążące nad Mont Blanc; przypomina się też praca Aliny Witkowskiej „Cześć i skandale. O emigracyjnym doświadczeniu Polaków”. Wyraźnie wybrzmiewa motyw XIX-wiecznych „ksiąg przeklętych”, które kształtowały (i wciąż kształtują) polską wyobraźnię. Z drugiej strony twórcy kilka razy (jakby nie wierzyli w spostrzegawczość widzów) wyraźnie eksponują tytuł zdobiący jedną z pojawiających się w filmie książek: „Wesele”. Zaorski, sięgając po motyw chocholego tańca, stawia pod znakiem zapytania całą romantyczną tradycję. Mało tego – właściwie ośmiesza ją, rysuje jej przykrą karykaturę.

Chciałbym, żeby ktoś napisał esej o chocholim tańcu w polskim kinie. Do „Jeziora Bodeńskiego” trzeba by dorzucić oczywiście końcowy fragment „Eroiki” (1957) Munka, w którym internowani żołnierze krążą wokół spacerniaka. Poza tym gdzieś u Piotra Szulkina jest stosowny kawałek, który można by zinterpretować właśnie w tym kontekście. Swoją drogą poczytałbym o chocholim tańcu w jeszcze szerszym ujęciu, literackim i kulturowym, a nie tylko filmoznawczym. Może już coś takiego napisano?

I jeszcze jedna rzecz. „Jezioro Bodeńskie” (1946) Dygata czytałem dość dawno temu. Chyba pożyczyłem tę książkę dlatego, że, młodym będąc, chciałem zobaczyć, jak pisał facet, z którym związała się Kalina Jędrusik. Nie pamiętam już dokładnie, ale to w sumie nie jest tu ważne. Otóż zostawiłem tę książkę w autobusie, po prostu zapomniałem zabrać jej ze sobą. Pamiętam, że zadzwoniłem do biblioteki i zapytałem, co powinienem w tej sytuacji zrobić. Zapłacić jakąś karę? Odkupić książkę w antykwariacie? (Wtedy nie było jej w księgarniach, nie ukazało się jeszcze to ostatnie, dość ładne wydanie Świata Książki z 2008 roku). A może w ogóle kupić coś innego?

– Tak. Niech pan kupi coś współczesnego.
– Dobrze. A może coś konkretnego?
– Tak. Może być nowa powieść Katarzyny Grocholi.

Dygat próbował zdekonstruować mitologię polskiego romantyzmu (my tu śmichy-chichy, pozytywistyczna wibracja, he, he, prowadzamy się za rękę z Orzeszkową i Prusem, ale tak naprawdę oglądamy się, jak ten koleżka z memów, za Emilią Plater i Mickiewiczem; no, przynajmniej ja). Porwał się więc Dygat na takie zadanie. Cóż, próbował, raczej nie wyszło.

Jego legendę rozmontowała natomiast Katarzyna Grochola.

No i kto się teraz śmieje?

Bartosz Marzec

„Jezioro Bodeńskie”

reżyseria Janusz Zaorski| scenariusz Janusz Zaorski zdjęcia Witold Adamek|muzyka Jerzy Satanowski | montaż  Halina Prugar-Ketling | produkcja Barbara Pec-Ślesicka| obsada Krzysztof Pieczyński, Małgorzata Pieczyńsk, Gustaw Holoubek, Joanna Szczepkowska, Maria Pakulnis

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s