Kilka uwag o „Wspomnieniach z podróży na Litwę” i „Lost, Lost, Lost” Jonasa Mekasa

Netflix Netfliksem, ale warto mieć oko także na MUBI, inny świetny serwis vod. Platforma ta proponuje trzydzieści tytułów, przy czym jeden z nich codziennie znika z listy, a w jego miejsce pojawia się nowy. MUBI kieruje swoją ofertę głównie do widzów doświadczonych, takich, którzy czasem powątpiewają, czy kino jest jeszcze w stanie ich zaskoczyć. Otóż na pewno jest – sam niedawno zakochałem się w twórczości litewskiego klasyka Jonasa Mekasa. MUBI zaprezentowało ostatnio dwa jego filmy: Wspomnienia z podróży na Litwę (1972) i Lost, Lost, Lost (1976).

Z przymrużeniem oka można postawić tezę, że Wspomnienia były ulubionym dziełem Czesława Miłosza i są ulubionym Tomasa Venclovy. W tym swoistym wideo-pamiętniku, wizualnym zapisie z podróży do kraju dzieciństwa, daje się odczuć sentymentalny stosunek twórcy do tego, co utracone: czasu, przestrzeni, ludzi. Do Litwy, której już nie ma (Mekas wyemigrował do Stanów po II wojnie światowej). Osobnicze doświadczenie reżysera przekładają się na szerszy plan, plan, hm, no tak, metafizyczny – w filmie objawia się jakaś głęboka, ale trudno uchwytna prawda o Europie Środkowo-Wschodniej. Przepraszam za ten mętny patos, ale lepiej nie umiem tego wyrazić. W każdym razie: po filmie nabrałem przemożnej ochoty, żeby pojechać do Wilna. Koniecznie w listopadzie.

Teraz o wrażeniu, jakie wywołuje sam autor. Jest on typem inteligenta, który raczej nie występuje w Polsce. Najwyraźniej nosi bowiem na plecach „brzemię małego kraju”: przez pochodzenie wydaje się wsobny, niepewny siebie, skłonny do melancholii (naszym natomiast bliżej do nieznośnej, ambicjonalnej gorączki). Mekas przypomina mi Dušana Hanáka, którego Obrazy starego świata (1972), cichutki dokument o życiu słowackiej wsi, są z kolei podobne do Wspomnień.

Lost, Lost, Lost nie jest arcydziełem jak poprzedni film Litwina, ale to ciągle bardzo interesujące kino. Na początku tego trwającego niespełna trzy godziny obrazu reżyser przedstawia się jako kompulsywny kronikarz; człowiek uczuciowy, który nie chce utracić niczego z otaczającego go świata. Przecież wystarczająco wiele już przepadło – patrz Wspomnienia. Dlatego Mekas utrwala dosłownie wszystko: zarówno sytuacje pasjonujące dla dzisiejszego widza, jak uliczne protesty (są lata 50., przedsmak 60.) czy spotkania litewskiej emigracji, jak i te banalne (a raczej – „banalne”) jak przyroda. Mekas w swojej strategii artystycznej – o ile ciągle tu może być mowa o sztuce, a nie o kronikarstwie właśnie – przypomina Mirona Białoszewskiego. Twórca z ulicy Lizbońskiej poza literaturą i poezją uprawiał głównie – pisanie. Zapisywał wszystko. Był kronikarzem i (wielko)miejskiego życia Warszawy, i bardzo lokalnego, południowopraskiego Chamowa. U Mekasa ogrom materiału może przytłaczać, nawet nudzić (u Białoszewskiego zresztą też). Pierwsza połowa ma jeszcze pewną strukturę, pomysł i rytm, ale w drugiej łatwo odnieść wrażenie, że brakuje jakiejś selekcji czy pracy redakcyjnej.

To jednak jest drobiazg, bo najważniejsza myśl, jaka zostaje po filmie Mekasa jest naprawdę cenna. Otóż twórca udowadnia, że kamera może być narzędziem ewokowania tego, co zdawałoby się utracone na zawsze. Myślę, że jest to znakomity temat dla badaczy związków kina i czasu czy antropologów kultury wizualnej*. Dla mnie – kinofilska uczta.

*Trafiłem niedawno na artykuł Ryszarda Nycza pod intrygującym tytułem „Jak opisać doświadczenie, którego nie ma” (Teksty Drugie 2004, nr 5).

Bartosz Marzec

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s