Kochanie [„Lovelling”]

Dziesięciostopniowa skala ocen właśnie dlatego jest dziesięciostopniowa, żeby unikać ułamków. Tych wszystkich 3.5, 7.5 czy innego 6.9. Co jednak zrobić, kiedy czasem naprawdę trudno się zdecydować, czy filmik jest pięciogwiazdkowy, czy jednak powinien zostać oceniony wyżej? Właśnie takich wątpliwości dostarcza „Lovelling” Brazylijczyka Gustava Pizziego.


Ciąży temu filmowi niedopracowany scenariusz – autorstwa reżysera i odtwórczyni głównej roli, Karine Teles. Zdecydowanie za dużo tu wątków, bo film trwa ledwie półtorej godziny, a jest ich tyle, że można by obdzielić cały serial (skądinąd Pizzi – co za nazwisko!  – przed „Lovelling” reżyserował właśnie serial; to najwyraźniej nie jest przypadek). I tak bohaterka filmu, Irene, kobieta w średnim wieku, pomaga siostrze, która zmaga się z mężem-przemocowcem; stara się zdać maturę; zagląda do arystokratki, której zawdzięcza braki w wykształceniu; wiedzie słodko-gorzkie życie z mężem, któremu kiepsko idzie w interesach, ale jest poczciwym i kochającym towarzyszem życia. Aha, Irene ma na głowie jeszcze czwórkę dzieci. Plus siostrzeńca.

Można się upierać, że w ten sposób twórcy chcieli pokazać, jak wiele żmudnych obowiązków musi czasem udźwignąć jeden człowiek. Tej tezie pewnie pomógłby argument, że postać Irene (przez większość filmu) jest raczej nijaka – dokładnie tak jak codzienność. Bohaterka raczej nie wzbudza szczególnej sympatii, nie chce się jej kibicować. Daleko jej też do jakiegokolwiek czarnego charakteru. O żarze bohaterki „Aquariusa”, innego brazylijskiego filmu, którego motorem jest kobieta zbliżająca się do starości, nie ma co wspominać. Tu jest głównie obojętność. Czy przypuszczenie, że właśnie taki był zamiar twórców, cokolwiek zmienia? Nie sądzę. Jeśli już, to na minus.

Nadmiar wątków może dodatkowo drażnić, bo jeden z nich jest naprawdę ciekawy i szkoda, że nie został rozwinięty. Myślę o relacji Irene z jej najstarszym synem, nastoletnim Fernandem. Chłopak o oczach jak żarzące się węgliki gra w piłkę ręczną. Wyróżnia się i zostaje dostrzeżony przez skautów z Niemiec. Podpisuje kontrakt i za niespełna trzy tygodnie ma być już tysiące kilometrów z dala od rodziny. Jest potencjał dramaturgiczny, prawda? Twórcy jednak prawie w ogóle z niego nie korzystają. Wypieranie przez Irene wizji wyjazdu syna czy drobne manipulacje mające na celu uniemożliwienie mu wyfrunięcia gdzieś hen, na drugi koniec świata to świetne, bardzo ciekawe pomysły. Niestety, zupełnie nierozwinięte. Wspaniałe ujęcie przedstawiające Irene i Fernanda (w pozie embrionalnej) dryfujących w dmuchanym kole na morzu (wody płodowe), które pojawia się w czasie napisów początkowych, pozostaje niespełnioną obietnicą. Nie dostaniemy ładnego filmu o relacji matki i dorastającego syna.

Skąd więc te wątpliwości co do oceny? A stąd, że twórcom kilka razy udaje się w tym obrazie żmudnej codzienności złapać cudne momenty. Takie, które samemu chciałoby się przeżywać w slow motion z odpowiednią muzyką. Pizzi najwyraźniej jest wrażliwy na takie rzeczy – ma do nich oko i ucho. Bardzo podobały mi się sprzęgnięte z tymi chwilami drobne, acz bardzo znaczące szczegóły scenografii, jak np. drabinka do okna, przez które do domu wchodzą bohaterowie, podczas gdy drzwi ciągle czekają na naprawę. Następna rzecz, która bardzo mi się podobała to sklejka montażowa, która jest wyrazem artystycznej odwagi – i zarazem dojrzałości, mająca głęboki sens (na pewno rozpoznacie). Mogłaby wywołać nagłą burzę na spokojnym morzu codzienności, ale to byłby tani chwyt. Twórcy wolą spokojnie pracować na zakończenie. I ono się udaje.

Dobra, niech będzie to 6/10.

Bartosz Marzec

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s