Quixote vive [„Człowiek, który zabił Don Kichota”]

Nowy film Terry’ego Gilliama to litania do świętego głupca Don Kichota – patrona kina.

Trzeba przyznać, że zaproponowane przez reżysera skojarzenie arcypowieści Cervantesa z kinem ma sporo sensu. Wszak kino to domena marzycieli (a przynajmniej chcieliby[śmy] w to wierzyć). Kino to kolorowe zwidy, piękna fikcja, bujna wyobraźnia i wewnętrzna prawda, a zarazem prawie komplet najważniejszych cech Don Kichota.

Wydaje mi się przy tym, że u Gilliama bohater patronuje kinu, ale temu pierwszemu, naiwnemu, szczeremu, pełnemu pasji. Nieskażonemu cynizmem cwaniaków myślących box office’em. W filmie twórcy „Brazil” właśnie takie kino jest Graalem dziś już zblazowanego, wyrachowanego reżysera Toby’ego, który posiał swój skarb gdzieś między kolejnymi chałturami. Ale spokojnie, nic straconego, da się jeszcze wrócić do korzeni („Korzenie są ważne”, kmwtw), tyle że najpierw trzeba stać się Sancho Pansą. Pierwszy krok w tym kierunku to krok do świata opowieści Cervantesa. Tu Toby dołącza do starego mężczyzny który, zarażony kiedyś wirusem kina, twierdzi, że jest Don Kichotem. Do samego końca nie będziemy mieli pewności, czy rzeczywiście towarzyszy mu takie przekonanie. Tak właśnie miesza się fikcję z prawdą, wyobraźnię z rzeczywistością, a święto wyprawy z codzienną prozą życia.

Pokrewieństw między „Człowiekiem, który zabił Don Kichota” a powieścią Cervantesa jest więcej. Gilliam nawiązał do struktury „Przemyślnego szlachcica”, powieści nazywanej przez niektórych literackim prototypem modernizmu – a nawet postmodernizmu (lol). Gilliam miesza więc tony, zmienia nastroje, odwołuje się do różnych gatunków (choć wyraźnie dominuje tu film przygodowy). Nawias goni nawias, cudzysłów – cudzysłów. Nie dopatrzyłem się co prawda w filmie przełomowej na początku XVII wieku wielogłosowości „Przemyślności szlachcica”, ale znajomość kontekstów literackich i kulturowych epoki pozwala lepiej zrozumieć mechanizmy działania karuzeli, na którą Gilliam wsadza widzów na przeszło dwie godziny. Po którymś wariackim kółku trudno już powiedzieć, kiedy reżyser mówi serio, a kiedy tylko (aż) śmieszkuje. Nie mam jednak wątpliwości co do tego, że między wierszami da się wyczytać wyrazy miłości starego szydercy do kina oraz sztuki opowiadania i – co jest tego logiczną konsekwencją – do dobrodusznego, wyszydzanego, niedzisiejszego, starego, upierdliwego marzyciela Don Kichota. Bardzo to wszystko jest ładne.

Quixote vive.

Bartosz Marzec

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s